Indie dzielą się na 28 stanów plus 8 terytoriów. W ramach mojej pierwszej (i może nie ostatniej) wyprawy postanowiłam odwiedzić Radżastan (Rajastan). To największy ze stanów, nieco większy od Polski. Leży w północno - zachodniej części Indii, przy granicy z Pakistanem, natomiast jego wschodnia granica znajduje się stosunkowo niedaleko od Delhi (około 130 km). Wielkość Radżastanu i bogactwo jego zabytków sprawiają, że dwutygodniowa wycieczka po jego terenie pozwala jedynie bardzo pobieżnie się z nim zapoznać. Niestety dużo czasu zajmują przejazdy, więc na zwiedzanie poszczególnych miast nie zostaje go zbyt wiele. Podobnie było drugiego dnia naszego pobytu w Indiach, kiedy to prawie 7 godzin jechaliśmy z centrum Delhi (korki!) do Mandawy, położonej o 300 km na zachód.
Otaczający Mandawę Szekhawati to półpustynny region Radżastanu, przez który przebiegały szlaki handlowe z Chin czy Środkowego Wschodu. Tutejsze miasta stawały się ważnymi ośrodkami handlu, zatrzymywały się w nich karawany, wiozące przyprawy, kamienie szlachetne, tkaniny i opium. Miejscowy władca Thakur Naval Singh w 1755 roku zbudował w Mandawie fort, aby ją chronić. Rosnące wokół niego miasto wkrótce przyciągnęło dużą rzeszę kupców, a później także przedsiębiorców. Zamieszkali tu prawdziwi bogacze, dysponujący nieprawdopodobnie wielkimi majątkami. Powstały wtedy wspaniałe rezydencje, zwane havelami. Ich fasady zdobiono freskami o wysokiej wartości artystycznej, niezwykle barwnymi i bogatymi, przedstawiającymi różne sceny erotyczne, religijne, czy z życia codziennego. Przeważa tu błękit - w Indiach to kolor dobrobytu i bogactwa.
Po pewnym czasie zbudowano na południu Indii morski port, co spowodowało zmianę trasy karawan, w dodatku najbardziej zyskowny handel opium został zakazany. W rezultacie kupcy powoli opuszczali miasteczko, aż w końcu ich cudowne domy zupełnie opustoszały. Niektóre zostały wyremontowane i zamienione na hotele, część jednak, pozostawiona bez opieki, szybko niszczeje.
Gdy spacerowaliśmy uliczkami Mandawy, mijaliśmy wiele domów ze śladami dawnej świetności, w lepszym lub gorszym stanie. Nie trafiliśmy na znany mi z internetu obszar, gdzie takich mocno zrujnowanych domów jest wyjątkowo dużo, więc w mojej relacji Mandawa wygląda chyba nieco lepiej, niż w rzeczywistości:
Większość tego typu obiektów albo niszczeje opuszczona przez właścicieli, albo została sprzedana i przerobiona na hotele. Weszliśmy do dwóch z tych dostępnych dla zwiedzających. Pierwszy to Thalia Haveli, w którym znajduje się coś w rodzaju muzeum, można też kupić różne pamiątki. Z ulicy niepozorna brama prowadzi do pierwszego dziedzińca. Tu znajdował się salon, w którym gospodarz przyjmował swych gości. Kobiety w takich spotkaniach nie uczestniczyły, ich życie toczyło się w drugiej części domu, na kolejnym dziedzińcu. Dookoła na wyższych poziomach znajdują się balkony, z których można oglądać dziedzińce. Zapraszam na mały spacer po całej rezydencji, może trochę chaotyczny, ale na pewno ciekawy:
Z jednego z tarasów, położonego na najwyższym poziomie, widać nie tylko całe domostwo, ale także zamek:
Drugi obiekt to hotel Legacy Mandawa, wprawdzie aktualnie czynny, ale wpuszczono nas do części wspólnej, na dziedzińce. Tu już wykonano poważniejszy remont:
Drugi, zdecydowanie większy obiekt, to Royal Junction Palace, gdzie przez jakiś czas funkcjonowała restauracja (być może powiązana z hotelem Royal Rest), ale ostatnio jest opuszczona i nic się tam nie dzieje od 7 lat. Szkoda, bo budynek dość niezwykły:

Trzeci przykład bogatego dziedzictwa architektonicznego z tej okolicy, to platforma ze studnią Harlalka Well i czterema filarami. Jest trochę zaniedbana i w stanie lekkiego rozkładu, ale obejrzeć warto. Wiąże się z nią legenda, że ma nieskończoną głębokość i może spełniać wypowiadane nad nią życzenia:
I to już wszystko z Mandawy, jedziemy dalej 😀
























































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz