Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koh Phangan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koh Phangan. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 marca 2019

Jeszcze raz wyspa Phangan

   Na wyspie zostałyśmy jeszcze jeden dzień. Przedpołudnie spędziłyśmy na plaży, potem wykwaterowałyśmy się z naszego domku i zamówiłyśmy transport do Namtok Phaeng Forest Park, który jest częścią Parku Narodowego Than Sadet (Than Sadet - Ko Pha-Ngan Sok). Ponieważ z braku czasu nie zaplanowałyśmy wyjazdu nad inne wodospady, np. w rejonie rzeki Kwai, była to jedyna okazja  spędzenia czasu w takim miejscu. Wodospad Phaeng nie jest zbyt duży, ale cały teren udostępniony do zwiedzania jest dobrze przygotowany i zadbany:

















    Trafiłyśmy tam na wydarzenie, które wydało nam się niezwykłe w tej scenerii - chrzest dziecka z kościoła prawosławnego. Dowiedziałyśmy się że w tej części Tajlandii mieszka sporo Rosjan i mają niedaleko swoją cerkiew, chyba na Koh Samui. Obrzędy obserwowałyśmy z daleka, ale potem podeszłyśmy porozmawiać:




    Ponieważ cena za "taksówkę" wydała nam się zbyt wygórowana (150 batów od osoby na twardych ławkach na pace), wracałyśmy sobie pieszo, oglądając życie zwykłych mieszkańców wioski. Z ciekawostek mają tam pralki na monety, trafiłyśmy też na cmentarz z krematorium. Na zdjęciu widać prowadnice do pieca:







    W pewnym momencie dotarłyśmy do "garkuchni", serwującej zupkę. Wyglądała nawet atrakcyjnie, więc się skusiłyśmy, jednak w smaku okazała się dość obrzydliwa. Najgorsze jedzenie, jakie jadłyśmy w Tajlandii. Najbardziej rozczarowana byłam tym, że ciemne kawałki, pływające w zupie okazały się być nie mięsem, a kawałkami kości:



   Kawałek dalej, gdy miałyśmy za sobą połowę drogi czy nawet trochę mniej, trafiłyśmy na inny samochód, który nas dowiózł do portu za 1/3 tamtej ceny, co już było do przyjęcia. Zresztą upał zaczął nam się mocno dawać we znaki, a cienia przy drodze nie było. Podjechałyśmy do Thong Sala, gdzie pospacerowałyśmy po targu i porcie:







    Na zakończenie zjadłyśmy wreszcie coś smacznego w tej samej knajpce, co pierwszego dnia, po czym udałyśmy się na prom. Odpływał o 17, potem miałyśmy wykupiony transport busem na stację, gdzie wsiadłyśmy do pociągu, do wagonu sypialnego:



   Wybór transportu nie był przypadkowy. Chodziło nie tylko o przespanie się w pozycji horyzontalnej, ale przede wszystkim o możliwość zatrzymania się w miejscowości Phetchaburi. Autobusy, chociaż istotnie tańsze, są znacznie mniej wygodne, w dodatku pędzą autostradą i nigdzie nie stają po drodze. Przynajmniej ten nasz, z Raja Ferry, nie miał żadnego postoju. W każdym razie pociąg okazał się strzałem w dziesiątkę, żałowałyśmy tylko, że już po 7 godzinach musimy wstać z tych wspaniałych leżanek (dolne miały chyba ponad metr szerokości). Nawet przemknęło mi przez myśl, żeby może nie wysiadać i jechać do Bangkoku, ale w stosownym momencie podszedł do nas pan z obsługi i gnąc się w uprzejmych ukłonach wskazał po kolei każdą z nas palcem i oznajmił: "You, and you, and you, go out. Now!" To "now" było trochę na zapas, bo pociąg jechał jeszcze chyba z 15 minut do stacji, ale widocznie panu skończył się zasób angielskich słówek.
    A o Phetchaburi będzie kolejna notka.

poniedziałek, 25 marca 2019

Morski Park Narodowy Ang Thong

   Drugi dzień naszej wyspiarskiej eskapady spędziłyśmy, zgodnie z planem, na wycieczce do Morskiego Parku Narodowego Ang Thong. W cenie ok. 200 zł (1800 batów) od osoby miałyśmy rejs statkiem, kilka całkiem obfitych posiłków (lekkie śniadanie, owoce, gorący lunch i bułę z warzywami i rybką), napoje praktycznie bez ograniczeń, dwa dłuższe postoje na wysepkach z wejściem na punkty widokowe, pobyt na plaży i snorkeling. A przede wszystkim niezapomniane widoki. Aaaa, bym zapomniała, i jeszcze transport z i do hotelu. Cena jak na Tajlandię całkiem wysoka, ale impreza była tego warta.
   Nazwa archipelagu „Ang Thong” (tajski: อ่างทอง) oznacza „miskę złota". Leży on 32 km od Ko Phangan i obejmuje 42 wyspy. Całość zajmuje powierzchnię 102 km², z czego wyspy pokrywają 18 km². W jedną stronę płynęliśmy około 1,5 godziny, ale czas się nie dłużył, bo można było obserwować okolicę i korzystać z posiłków i napojów, a także pogadać z innymi uczestnikami, których było całkiem dużo. W miarę zbliżania do Ang Thong widoki robiły się coraz ciekawsze:
















    Pierwszy postój mieliśmy na niewielkiej wysepce Ko Mae Ko, na której znajduje się szmaragdowe słone jezioro o nazwie Thale Nai, otoczone wapiennymi klifami i połączone z morzem przez podwodne jaskinie. Rozpuszczone skały węglanowe nadają wodzie jeziora zielonkawy odcień. Aby to zobaczyć, musieliśmy dojść z pobliskiej plaży i pokonać schody, co zajmuje około 20 minut, po czym dotarliśmy do punktu widokowego:






     Wyspa ma również kilka białych plaż. Na jednej z nich spędziliśmy prawie godzinę:







    Do żadnej z wysp nie dawało się podpłynąć statkiem, trzeba było przesiadać się na łódki. Po południu wiatr się wzmógł i zaczęło nieźle bujać. Najśmieszniej się zrobiło, gdy musieliśmy z łódki przedostać się na kolejną wysepkę - Ko Wua Talap - główną wyspę archipelagu. Szło się po pontonowym pomoście, który z każdą kolejną falą mocno się wyginał, w efekcie ludzie się mocno chwiali albo nawet przewracali. Asekurowali nas nasi opiekunowie, których było po kilku na każdej łódce. Powrót był o tyle łatwiejszy, że szło się naprzeciw fal i można się było zawczasu odpowiednio ustawić:









   Do spektakularnego punktu widokowego, będącego główną atrakcją parku, prowadzi 500-metrowy stroma kamienista ścieżka. Ostatnia platforma widokowa znajduje się na wysokości 240 metrów, ale już dojście do pierwszej dostarcza niezapomnianych wrażeń. Oczywiście nie wytrzymałam i wlazłam na samą górę, co uważam za niezły wyczyn w tropikalnym klimacie. Ale było warto:










   Na zakończenie zachód słońca już na sam koniec rejsu:


Matera, cz. 3 - nie tylko Sassi

    Na początku naszego pierwszego spotkania z Materą mieliśmy trochę wolnego czasu do zagospodarowania. Od parkingu szybko przebrnęliśmy pr...